<?xml version="1.0" encoding="utf-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/">
  <channel>
    <title>Przeprowadzka, czyli Magda i Przemek w podrozy</title>
    <description>Przeprowadzka, czyli Magda i Przemek w podrozy</description>
    <link>https://journals.worldnomads.com/magda/</link>
    <pubDate>Thu, 23 Apr 2026 20:24:51 GMT</pubDate>
    <generator>World Nomads Adventures</generator>
    <item>
      <title>Photos: My Scholarship entry - Bondi in winter</title>
      <description>My name is Magda Biskup and I am in love with the world. I love the world and I love to capture its beauty. I do it with my most favorite item - my camera. My love for the world (and travelling) came first, but the love of photography followed very soon. 
I do have a day job, which I enjoy, but I would photograph full time if I had the balls to do it. Well, I don't have the balls at the moment, but I feel that the World Nomads Scholarship would help me make that move. Which is why I decided to apply, hoping that you would see the potential in me.
I know exactly what I want to do photographically - I want to capture the life around the world and educate others about different cultures through my photographs. I have been doing it for the last couple of years, travelling around Asia, Pacific and Australia, and sharing my photos on my blog. But I want more. I want to become a good travel documentary photographer and I want to learn the ropes from the best. I deeply believe that World Nomads Scholarship, through the mentoring from Jason Edwards, offers exactly that.  
I can do it – I can make my big dream of photographing full time come through - but I just need a little bit of help. </description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/photos/38239/Australia/My-Scholarship-entry-Bondi-in-winter</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Australia</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/photos/38239/Australia/My-Scholarship-entry-Bondi-in-winter#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/photos/38239/Australia/My-Scholarship-entry-Bondi-in-winter</guid>
      <pubDate>Sat, 12 Jan 2013 21:54:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Otavalo</title>
      <description>Internet kłamie. Przynajmniej w kwestii prognozy pogody. Codziennie ją sprawdzamy w necie i codziennie jest napisane, że kolejnego dnia będzie burza, albo co najmniej deszcz. Minęło 10 dni odkąd jesteśmy w Ekwadorze, a mimo prognozy pogody, nie spadła w tym czasie ani kropla deszczu. Tak było też dzisiaj. Net stwierdził, że w Otavalo będzie 18 stopni i deszcz, a było bezchmurne niebo i z 23 stopnie. Przy takiej pogodzie zakupy na otwartym powietrzu to prawie jak uprawianie sportu. Dawno nie byliśmy tak zmęczeni szopingiem. Bo w Otavalo odbywa się co sobotę jeden z najsłynniejszych targów na kontynencie. Oczywiście na dzień dzisiejszy targ jest głównie pod turystów. Nic nie poradzimy, ale tego typu szoping lubimy bardzo. Mamy słabość do tzw. pamiątek. Kupujemy je namiętnie. Moja mama śmieje się, że po powrocie z podróży będziemy mogli otworzyć muzeum etnograficzne – tyle żeśmy tego w Azji nakupowali (3 duże paczki poszły pocztą z Azji). Teraz kompletujemy eksponaty południowo amerykańskie :)

A na obiad w Otavalo chcieliśmy zjeść ekwadoriański przysmak, czyli pieczoną świnkę morską. No ale nigdzie nie mogliśmy jej znaleźć. Niby ten targ to najlepsze miejsce na spróbowanie świnki, ale co z tego skoro jej nie było :( Może gdzie indziej się uda…</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/37079/Ecuador/Otavalo</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Ecuador</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/37079/Ecuador/Otavalo#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/37079/Ecuador/Otavalo</guid>
      <pubDate>Sat, 28 Nov 2009 13:50:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Bienvenidos a Ecuador</title>
      <description>&lt;div&gt;&lt;p&gt;Jeśli do azjatyckiego etapu podróży
byliśmy w miarę przygotowani, to do południowo amerykańskiego wcale.
Przewodnik kupiliśmy na dzień przed wylotem, a pewne było tylko to, że
zaczynamy w Quito i kończymy w Santiago de Chile (taki mamy bilet).  I
że chcemy pouczyć sięhiszpańskiego w Quito zanim ruszymy w trasę. Poza
tym jeden wielki znak zapytania.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Zaczęliśmy więc od tego, co było pewne. Znaleźliśmy  chatę na kilka
tygodni i szkołę językową. Czyli jak narazie jest luz, spokój i brak
pośpiechu. I po raz pierwszy od dłuższego czasu rutyna. Jest też trochę
wysiłku przy tej nauce hiszpańskiego. Bo, że mózgi nasze są mało
używane odkąd ruszyliśmy w podróż, to trzeba się trochę
pogimnastikować, aby przez te 4 godziny dziennie skupić się na tak
dużym napływie informacji. Chwała nam za to, że przed wyjazdem
uczyliśmy się  hiszpańskiego przez kilka miesięcy. Bez tego nasze mózgi
prawdopodobnie nie dały by rady z natłokiem tak wielu nowych informacji…&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Po Quito narazie łazikujemy spokojnie, bez walenia dziesiątek zdjęć.
W zasadzie wogóle narazie nie nosimy aparatu. Ani nam się nie chce, ani
klimat jakoś nie sprzyja. Słyszy się te wszystkie historie o drobnych
złodziejaszkach i jakoś brakuje pewności, żeby wyjść ze sprzętem na
ulicę, mimo że w biały dzień niby nic nikomu nie grozi. Wiem,
zdecydowanie przesadzamy. Ale po sielskiej podróży po Azji ta Ameryka
Południowa, a w zasadzie zasłyszane o niej historie, sprawiają, że
bardzo powoli przyzwyczajamy się do panujących tu warunków. Ale pewnie
już niedługo. Obiecujemy fotki po weekendzie (wybierzemy się chyba w
sobotę na targ do Otavalo).&lt;/p&gt;
&lt;/div&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/37078/Ecuador/Bienvenidos-a-Ecuador</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Ecuador</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/37078/Ecuador/Bienvenidos-a-Ecuador#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/37078/Ecuador/Bienvenidos-a-Ecuador</guid>
      <pubDate>Wed, 25 Nov 2009 13:48:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Globalizacja</title>
      <description>&lt;div&gt;&lt;p&gt;W Litang, małym tybetańskim miasteczku, wysoko na 4100 m npm, Przemek kupił sobie kapelusz. Taki a la cowboy’ski, ale tak na prawdę to tybetański. To miała być pamiątka z Chin. Chuchał i dmuchał na ten kapelusz przez kolejne dwa miesiące, żeby się nie zniszczył, żeby nie zmókł w deszczu, żeby się nie rozpadł. W końcu to fajna, oryginalna pamiątka.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Jakieś dwa i pół miesiąca później jesteśmy w Zakopanem. Idziemy przez Krupówki. Kilka razy mijają nas faceci w identycznych kapeluszach jak ten, który Przemek kupił na dalekiej chińskiej prowincji. Kapelusze do kupienia w sklepach z pamiątkami w Zakopanem. Obok nich też inne specjały typu maski jakby rodem z Indonezji czy Malezji i inne drewniane figurki. Chcemy sobie kupić na pamiątkę drewnianą figurkę Jezusa, takiego jakiego można zobaczyć na niektórych nagrobkach na Pęksowym Brzysku. Jezuska znajdujemy tylko w jednym sklepie. Wszystkie inne pamiątki są prawdopodobnie z Azji.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Tak więc drogi podróżniku – jeśli nie chcesz taszczyć ze sobą pamiątek z podróży po Azji, to przyjedź się w nie zaopatrzyć w Zakopanem :) Globalizacja jest faktem :)&lt;/p&gt;&lt;/div&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/36773/Poland/Globalizacja</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Poland</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/36773/Poland/Globalizacja#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/36773/Poland/Globalizacja</guid>
      <pubDate>Fri, 13 Nov 2009 08:55:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Oto Polska właśnie</title>
      <description>&lt;div&gt;&lt;p&gt;Ze Lwowa do Przemyśla jedziemy polskim
PKSem. Trudno ocenić wiek pojazdu, ale nie zdziwię się, jeśli jesteśmy
rówieśnikami. Ostatni raz pojazdem o takim standardzie jechaliśmy w
Birmie. Połamane oparcia, powyrywane i leżące luzem siedzenia, syf w
luku bagażowym taki, że strach plecaki ładować.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Na przejście graniczne do Medyki przyjeżdżamy bardzo szybko. Autobus
przywołany jest na bok i poddany zostaje gruntownemu przeglądowi.
Celnicy szukają fajek i wódy. W autobusie niewiele znajdują, więc
przeszukują nas. Istnieje w naszym pięknym kraju domniemanie
niewinności, ale celnicy mają to w głębokim poważaniu i każdego z nas
taktują jak przemytnika. Grzebią długo w bagażach, a ja się cieszę, że
wiozę brudne majtki. Niech mają za “wzorową” obsługę klienta.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W Przemyślu wkraczamy na dworzec PKP. Na tablicy z odjazdami
informacja, że pociąg do Gliwic ma odjechać o 11.30, ale ma 30 minut
opóźnienia. Jest 11.45. Kasy są cztery, ale otwarta tylko jedna.
Kolejka długa. Stajemy. Powoli przesuwamy się do przodu. 11.55. Przed
nami w kolejce obcokrajowiec. Mówi kasjerce głośno i wyraźnie “Cracow”
i pokazuje na palcach liczbę dwa. Ona równie głośno i wyraźnie pyta go
piękna polszczyzną: “A na którą godzinę chciałby pan do tego Krakowa?”.
Obcokrajowiec nie wie co się dzieje. Pomagamy mu więc kupić bilety.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W ostatniej minucie wbiegamy na peron. Na wyświetlaczu widzimy, że
opóźnienie pociągu wzrosło do 50 minut. Pojąć nie możemy jak to
możliwe, że pociąg Inter City wyjeżdża ze stacji początkowej z takim
opóźnieniem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wchodzimy do wagonu i szukamy naszego przedziału. W nim osiem miejsc
i tylu samo pasażerów. Nie ma gdzie położyć plecaków, bo każdy jedzie z
bagażem. Inne przedziały w całym wagonie puste. Potem na trasie
dosiadają w nie pojedyncze osoby. My ciśniemy się w komplecie. Z nami w
przedziale obcokrajowcy. Jak się okazuje Australijczycy. Czujemy się
jak debile, bo przy kupowaniu biletu powiedzieliśmy im, żeby brali
połowę tańszą drugą klasę (mieli ochotę na pierwszą), bo pierwsza nie
warta jest swojej ceny. Jak im teraz spojrzeć w oczy? Tłumaczymy się,
że taki pechowy pociąg, ale pierwsze wrażenie na nich pewnie zostaje.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W końcu ruszamy. Jest gorąco, wręcz upalnie. Klimy oczywiście brak.
Jedyna opcja to otwarte okna, ale wtedy jest przeraźliwie głośno.
Przychodzi koleś z Warsu i serwuje nam “bezpłatny poczęstunek na koszt
PKP”. Ryczeć mi się chce ze śmiechu jak słyszę o tym “bezpłatnym”
poczęstunku.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Mijamy kolejne stacje. Na kilku z nich stoimy Bóg wie jak długo,
żeby przepuścić inne pociągi. Pociąg, który z Przemyśla wyjechał po nas
w pewnym momencie nas wyprzedza. Ukrainiec z naszego przedziału, który
w Krakowie miał wsiadać w autobus do Paryża, robi się coraz bardziej
nerwowy. Zdąży czy nie zdąży? Nie zdążył. Na peron w Krakowie wtaczamy
się z ponad godzinnym opóźnieniem. Jego autobus do Paryża odjechał 20
minut wcześniej. Może na niego poczekali?&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wysiadają też Australiczycy i w końcu robi się trochę luźniej.
Zaczynamy czytać gazety, które PKP – również “bezpłatnie” – nam
sprezetowało. A tam po staremu – kłótnie polityków, wzajemne oskarżanie
się, afery i aferki. Czy normalnie. Po polsku.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Nareszcie w Domu. Pierwszy raz po ponad dwóch latach.&lt;/p&gt;
&lt;/div&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/35869/Poland/Oto-Polska-wanie</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Poland</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/35869/Poland/Oto-Polska-wanie#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/35869/Poland/Oto-Polska-wanie</guid>
      <pubDate>Sat, 7 Nov 2009 11:46:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Najdroższe Miasto Świata</title>
      <description>&lt;p&gt;
Jak sama nazwa wskazuje Najdroższe Miasto Świata jest najdroższym na świecie miastem. Po raz pierwszy przekonaliśmy się o tym, gdy szukaliśmy w necie jakiegoś w nim noclegu. Szybko okazało się, że to co wydawaliśmy np. w Wietnamie przez trzy dni na dwójkę z klimą, kablówką, internetem i śniadaniem, w Najdroższym Mieście Świata starcza na dwa łóżka w pokoju 14-osobowym w dosyć podłym hostelu na przedmieściach i to na jedną tylko noc. Wyszło więc, że trzeba tak zaplanować podróż, żeby do Najdroższego Miasta Świata przyjechać rano i wieczorem tego samego dnia z niego wyjechać. Jeden dzień to mało, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.

Przyjechaliśmy więc rano, oddaliśmy do przechowalni bagaże i ruszyliśmy w kierunku Kremla i Placu Czerwonego. Przychodzimy, a tam co? Tłumy Leninów, Stalinów, carów różnych, a nawet i kilku Putinów się znalazło.  Wszyscy etatowi i gotowi do pozowania i wspólnych zdjęć za drobną opłatą oczywiście. Sceneria wokół celebrytów przyznać trzeba, że cudna. Na Lenina – tego prawdziwego – nie zdążyliśmy się niestety załapać, bo pozwalają go oglądać tylko kilka godzin dziennie. Mam jednak wrażenie, że ci “Leninowie” kręcący się po okolicy jednak przyjemniejsi są dla oka niż ten psujący się w mauzoleum swego imienia.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Weszliśmy też do najdroższego domu handlowego w Najdroższym Mieście
Świata. Tylko dla sportu, bo zakupów przecież nie planowaliśmy.
Planowaliśmy za to skorzystać z toalety w tym cudnym przybytku. No i
się okazało, że toaleta, owszem jest, ale skorzystać można z niej za
opłatą. Od razu przypomnieliśmy sobie, że Najdroższe Miasto Świata leży
w końcu w Rosji, więc tego typu sprawy trzeba tu ludziom wybaczać.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Posnuliśmy się trochę po mieście i wieczorem wsiedliśmy w kolejny pociąg. Przed nami była piąta z rzędu noc na kuszetce.&lt;/p&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/35868/Russian-Federation/Najdrosze-Miasto-wiata</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Russian Federation</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/35868/Russian-Federation/Najdrosze-Miasto-wiata#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/35868/Russian-Federation/Najdrosze-Miasto-wiata</guid>
      <pubDate>Wed, 4 Nov 2009 11:45:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Rosyjskie poczucie stylu</title>
      <description>&lt;p&gt;Gdyby dziś ogłosić w Rosji referendum w sprawie nowego stroju
narodowego to – głowę damy sobie uciąć – wygrałby dres. Dres to w Rosji
strój numer jeden. Dresy występują tu we wszystkich możliwych odmianach
– są te z kreszu, jak i bawełniane, z kapturami i bez, z nogawkami
poszerzanymi i z tymi z gumką. Do wyboru do koloru. Noszą je młodzi i
starzy, kobiety i mężczyźni. Szczególną miłością zapałał naród rosyjski
do marki Adidas. Podejrzewam, że Rosja jest głównym światowym odbiorcą
podrabianych ubrań tej marki z Chin.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Drugim elementem stroju, który Rosjanie szczególnie ukochali są
skarpetki. Nie ma znaczenia czy ma się na nogach półbuty, czy też może
sandały albo klapki. Jak jest but to musi być też skarpetka.  O ile w
dresie chodzi według naszych obserwacji jakieś 50%  populacji, to
skarpetki do każdego rodzaju obuwia nosi już co najmniej 80% ludzi.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Trzecia kwestia, która rzuciła nam się w oczy, to swoboda z jaką
Rosjanie traktują ubiór. W zasadzie należy im zazdrościć tego, że
zupełnie nie przejmują się tym, że ich strój może kogoś zawstydzać czy
dziwić. Grunt to dobrze się czuć i nie przejmować się tym, co inni o
nas myślą.  Jak się ten luz objawia? A no na przykład tak, że widzi się
panów paradujących bez podkoszulek. Gdyby ci panowie paradowali z gołym
torsem po plaży, a nie także kilkadziesiąt kilometrów od niej, albo
gdyby ten ich tors wyglądał tak jak klata jakiegoś piłkarza to pewnie
nic bym przeciwko łażeniu bez koszulki nie miała. W Rosji jednak w
takim publicznym obnażaniu lubują się szczególnie panowie z mocno
rozwiniętym tzw. mięśniem piwnym oraz obfitym owłosieniem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;A nasz rosyjski idol w kwestii stroju to pewnie młodzieniec, którego
zobaczyliśmy przy jednym z klifów na wyspie Olchon (najbliższa plaża
była jakieś 35km dalej). Młodzieniec ów miał na sobie tylko i wyłącznie
kąpielówki z króliczkiem Playboya, białe skarpetki i sandały. Grunt to
mieć styl.&lt;/p&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/35866/Russian-Federation/Rosyjskie-poczucie-stylu</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Russian Federation</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/35866/Russian-Federation/Rosyjskie-poczucie-stylu#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/35866/Russian-Federation/Rosyjskie-poczucie-stylu</guid>
      <pubDate>Sun, 1 Nov 2009 11:41:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Bajkał</title>
      <description>&lt;p&gt;Gdy ktoś mówi, że Bajkał jest piękny to mówi prawdę. Trzeba
przyznać, że trochę nas ta uroda Bajkału zatkała. Po prostu nie
spodziewaliśmy się, że będzie aż tak dobrze. To niby tylko jezioro, ale
jakie! Przejrzystość wody powala na kolana. Po horyzont woda. Góry,
które ciągną się wzdłuż brzegu wyglądają prawie jak te w Nowej
Zelandii. Do tego zieleń, wszędzie zieleń. I wędzone ryby. Wystarczy 25
rubli i człowiek staje się posiadaczem najlepszego pod słońcem
wędzonego omula.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jeśli kiedyś pokusimy się o sporządzenie rankingu najpiękniejszych
krajobrazów w tej podróży, to Bajkał będzie na niej gdzieś blisko
szczytu.&lt;/p&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34586/Russian-Federation/Bajka</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Russian Federation</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34586/Russian-Federation/Bajka#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/34586/Russian-Federation/Bajka</guid>
      <pubDate>Wed, 28 Oct 2009 03:07:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Mongolia - info praktyczne</title>
      <description>&lt;div&gt;&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Wiza&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wizę załatwiliśmy w ambasadzie Pekinie. Wnioski są przyjmowane od
8.30 do 11.00. Do wniosku trzeba dołączyć jedno zdjęcie oraz kopię
paszportu (strona ze zdjęciem). Wiza kosztuje 495RMB. Odbiór następnego
dnia o 16.00. Teoretycznie istnieje serwis pięciodniowy za połowę ceny,
ale w praktyce obcokrajowcom nie chciano wydawać wizy z 5-dniowym
terminem czekania. Powiedziano nam, że jest ten serwis dostępny tylko
dla Chińczyków.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Dojazd z Pekinu do Ułan Bator&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Raz w tygodniu (na chwilę obecną są to wtorki) z Pekinu odjeżdża
bezpośredni pociąg do Ułan Bator. Niestety najtańszy bilet na miejsce
sypialne kosztuje $200.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;My wybraliśmy opcję kombinowaną i bardziej czasochłonną, ale o wiele tańszą:&lt;br /&gt;
- o 17.00 odjeżdża z Pekinu nocny sypialny autobus do przygranicznego
Erlian. Bilet kosztuje 180RMB i lepiej kupić go dzień wcześniej.
Autobus przyjeżdża do Erlian około 5.30 rano.&lt;br /&gt;
- W Erlian za 50RMB za osobę można zorganizować przejazd przez granicę.
Tamtejszej granicy nie można przekraczać pieszo.  Już przy wysiadaniu z
autobusu obeszło nas kilku panów oferujących usługi przewozu przez
granicę.&lt;br /&gt;
- po stronie mongolskiej w Zamyn-Uud zawieziono nas pod dworzec
kolejowy. Na dworcu są trzy bankomaty przyjmujące kart Visa i
Mastercard. Na pierwszym piętrze są kasy biletowe. Jedna z kasjerek
mówi po angielsku. Pociąg do Ułan Bator odjeżdża o 17.55. Bilet na
miejsce sypialne w klasie  o standardzie rosyjskich wagonów plackart
(trzecia klasa)  kosztował 16300T. Druga klasa (zamykany przedział z 4
miejscami sypialnymi) kosztował 27000T. Nie było żadnych problemów z
miejscami na plackart. W pociągu można było wypożyczyć poszwę na
poduszkę i prześcieradło za 1000T. Pociąg przyjechał na miejsce o 10.00
następnego dnia.&lt;br /&gt;
- koszt takiego kombinowanego przejazdu wyniósł około $50 za osobę.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Pieniądze&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W Ułan Bator bankomatów jest całkiem sporo. Nie ma problemów z
wyciąganiem pieniędzy kartami Visa i Mastercard. Bankomaty widzieliśmy
także w Zamyn-Uud i Moron. Tam gdzie nie było bankomatów można było
wybierać pieniądze z karty w okienku w punktach Western Union lub
wymienić walutę w kantorze. $1 = 1500T.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Ułan Bator&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W stolicy spaliśmy w trzech różnych hostelach (Naadam + szczyt sezonu wymusił na nas częste przenoszenie się):&lt;br /&gt;
- UB Guesthouse – w samym centrum, jakieś 150m od Flower Center. Można
wcześniej zadzwonić albo wysłać maila uprzedzając o przyjeździe to
wtedy ktoś wyjedzie na dworzec. Łóżko w dormie za $6, dwójki za $16 i
$18. W tych cenach jest proste śniadanie (chleb, dżem, herbata).
Darmowy internet, także wi-fi. Fajny klimat.&lt;br /&gt;
- Nassam Gueshouse – też w centrum, na tyłach Flower Center. Dorm za
$8. Hostel mieści się w 6 mieszkaniach, w każdym z nich są dwa pokoje z
sześcioma łóżkami + łazienka + kuchnia. Czysto i fajnie zlokalizowane,
ale trochę bez klimatu.&lt;br /&gt;
- Golden Gobi – jakieś 150m od State Department Store. Hostel jest ok,
ale prowadząca go kobieta bardzo nieprzyjemna, więc nie wspominamy tego
miejsca najlepiej. Dorm za $6. Dwójki za $18 i $20. Wi-fi w recepcji za
darmo. Internet stacjonarny za 500T/h.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Objazd po Mongolii&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Kierowcę i samochód załatwiliśmy przez UB Guesthouse.  W porównaniu
z innymi guesthousami, które udało nam się sprawdzić oferowali
najlepszą cenę. W trasę pojechaliśmy na 12 dni, z tego 4 były bez
jazdy. Za samochód (w tym benzynę), kierowcę i przewodnika-tłumacza
zapłaciliśmy po $221 za osobę przy pięciu osobach. Kierowcę i samochód
można zorganizować z dnia na dzień. Hostel oferuje dwie standardowe
trasy, ale można je modyfikować, albo podróżować według własnego planu.
Dodatkowe koszty były następujące:&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;- noclegi – spaliśmy w gerach. Kosztowało nas to zawsze 5000T (około $3.5). W tej cenie było proste śniadanie oraz kolacja.&lt;br /&gt;
- opłaty drogowe. Mieliśmy ich na trasie w sumie pięć. Koszt każdej to 800T za samochód.&lt;br /&gt;
- wstęp do parków narodowych. Byliśmy we dwóch, 3000T za osobę za każdy park&lt;br /&gt;
- trekking konny w okolicach jeziora Hovskol – wynajęcie konia
kosztowało 7000T za dzień. Musieliśmy wynająć dodatkowego konia do
transportu bagażu. Przewodnik kosztował 14000 za dzień. Wypożyczenie
namiotu – 3000 na dwa dni.&lt;br /&gt;
- dodatkowe jedzenie (luncz) robiliśmy we własnym zakresie. W każdym
miasteczku po drodze był co najmniej jeden sklep z podstawowymi
produktami (chleb, kiełbasa, napoje itp). Ciężko było poza UB dostać
świeże owoce i warzywa, więc dobrze jest zapas zabrać ze stolicy, lub
kupować warzywa w słoikach (króluje polska firma Urbanek)&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;U nomadów, u których spaliśmy w gerach, nie było łazienek. Nie jest
to jednak wielki problem, bo w miasteczkach zazwyczaj są publiczne
łaźnie, gdzie można wziąć gorący prysznic za 1000T. Oczywiście trzeba
się przygotować na to, że przez te miasteczka przejeżdża się co kilka
dni, więc prysznic nie jest dostępny codziennie.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Przykładowe ceny produktów:&lt;br /&gt;
- 1.5 litra wody – około 600T&lt;br /&gt;
- czekolada – 1500&lt;br /&gt;
- chleb – 400-600&lt;br /&gt;
- piwo – 1000-1300&lt;br /&gt;
- obiad w porządnej restauracji dla lokalsów – 2000-2500&lt;br /&gt;
- obiad w restauracji dla turystów – od 4000&lt;br /&gt;
- khuushuur (rodzaj dużego pieroga z mięsem smażonym na głębokim oleju) 300 za sztukę&lt;br /&gt;
- internet – 500-600 za godzinę, na prowincji 800-1500&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;&lt;strong&gt;Przejazd w kierunku Rosji&lt;/strong&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;- autobus do Ułan Ude odjeżdża codziennie o 7.30 rano, kosztuje
45000T. Autobus odjeżdża spod budynku Discovery Mongolia (tam też można
wcześniej kupić bilet). W Ułan Ude jest się jakieś 12h później.&lt;br /&gt;
- pociąg na tej samej trasie kosztuje około 70000T&lt;/p&gt;
&lt;/div&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34585/Mongolia/Mongolia-info-praktyczne</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Mongolia</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34585/Mongolia/Mongolia-info-praktyczne#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/34585/Mongolia/Mongolia-info-praktyczne</guid>
      <pubDate>Sun, 25 Oct 2009 03:06:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Naadam</title>
      <description>&lt;p&gt;Naadam miał być główną atrakcją naszego pobytu w Mongolii. W tym
dorocznym festiwalu w trzech konkurencjach – zapasach, łucznictwie i
wyścigach konnych – walczą ze sobą najlepsi. Trafiło się nam tak, że
Naadamy zobaczyliśmy trzy. Pierwszy był zupełnie przypadkowy.
Jechaliśmy Furgonem znad Jeziora Białego w kierunku Tsetserleg, gdy
minęła nas grupka jeźdźców na koniach. To był znak, że prawdopodobnie
gdzieś w pobliżu trwa właśnie Naadam, a jeźdźcy udają się na linię
startową wyścigu. Kawałek dalej rzeczywiście zobaczyliśmy zbiegowisko.
To był mini-Naadam – organizowany był w malusieńkiej wiosce.
Dowiedzieliśmy się, że zawodników było raptem po kilkunastu w każdej
dyscyplinie. Gdy przyjechaliśmy akurat kończyły się zapasy, ale lada
moment miał rozpocząć się wyścig koni. Ustawili się więc wszyscy –
miejscowi i my, jedyni turyści – przy linii mety w oczekiwaniu na finał
wyścigu. Po kilkunastu minutach na horyzoncie pojawiły się pierwsze
konie. Konie pędziły, a na nich – na oklep – dzieci, nie starsze niż 12
lat. To właśnie maluchy w wieku od 5 do 12 są tradycyjnie dżokejami w
tych wyścigach.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Na drugi Naadam – też zupełnie nieplanowany – trafiliśmy w Karakorum.
Tu było już bardziej tłoczno, z turystami i wielkim tłumem lokalsów.
Większość przyjechała na zawody konno, wystrojonych w najlepsze
wyjściowe stroje. W Karakorum zobaczyliśmy zawody zapaśników i kolejne
wyścigi konne. Stroje mongolskich zapaśników to jest to! ;)&lt;/p&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34584/Mongolia/Naadam</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Mongolia</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34584/Mongolia/Naadam#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/34584/Mongolia/Naadam</guid>
      <pubDate>Wed, 21 Oct 2009 03:05:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Najstarszy baran świata</title>
      <description>&lt;div&gt;&lt;p&gt;Jest ciepły mongolski wieczór nad jeziorem
zwanym Białym. Także tego dnia śpimy w gerze u nomadów i jak zwykle
około 19.00 zbieramy  się na kolację.  Wiemy, że dziś znów będzie to co
zwykle, czyli twarda, żylasta baranina z ziemniakami i ryżem lub
makaronem. Wiemy też, że nie będzie wytwornie i smacznie, ale to w
końcu Mongolia. Chodzi tylko o to, żeby zapełnić puste żołądki.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W gerze pojawia się nasza gospodyni z tacą zastawioną miseczkami z
zupą. Wywołuje to poruszenie i ekscytację, bo zupy od nomadów jeszcze
nie jedliśmy. Ger zapełnia się intensywnym aromatem starego barana, na
co staramy się nie zwracać uwagi. Podnosimy łyżki do ust i prawie
równocześnie rzucamy je z powrotem w miski. Mongolskiej zupy nie można
porównać z niczym co jedliśmy do tej pory. Rozmoczone kluchy w zupie
przesyconej tłuszczem z najstarszego chyba barana na świecie. Kubkom
smakowym nie udaje się zarejestrować nic poza smakiem starego zwierza.
Wszyscy z obrzydzeniem odsuwamy od siebie zupę. Po chwili namysłu
podejście numer dwa. Trzeba dać posiłkowi jeszcze jedną szansę.
Próbujemy jeść sam makaron, ale śmierdzącą mazią nasiąknął na tyle, że
smakuje tak samo jak ona. Doprawiamy makaron keczupem z nadzieją na
przynajmniej częściowe zamaskowanie prawdy o tym posiłku, ale efekt
jest żaden. Nic nie daje zatykanie nosa i przełykanie makaronu bez
gryzienia. Poddajemy się. Stary baran z nami wygrywa. Wyciągamy chleb i
po raz trzeci tego dnia jemy kanapki. Dobry chleb, o którym marzyliśmy
przez całą Azję, zaczyna wychodzić nam bokami…&lt;/p&gt;
&lt;/div&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34583/Mongolia/Najstarszy-baran-wiata</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Mongolia</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34583/Mongolia/Najstarszy-baran-wiata#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/34583/Mongolia/Najstarszy-baran-wiata</guid>
      <pubDate>Sun, 18 Oct 2009 03:05:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Dwa dni w siodle</title>
      <description>&lt;p&gt;Po trzech dniach spędzonych głównie w trasie mieliśmy w końcu
dotrzeć nad jezioro Hovskol.  Ale wcześniej w Moron – jednym z
większych mongolskich miast – raptem dwie godziny od jeziora,
zostaliśmy zatrzymani przez policję. Wydawało nam się, że wszystko
potrwa chwilę, bo limitu prędkości na pewno nie przekroczyliśmy. Ale
kierowca jakoś nie wracał do samochodu. Po pół godzinie czekania
dowiadujemy się, że prawo jazdy naszego kierowcy nie daje mu uprawnień
do prowadzenia samochodu w takim rozmiarze, więc trwają negocjacje
dotyczące wysokości mandatu. Trudno pojąć dlaczego ktoś, kto zawodowo
zajmuje się przewozem ludzi Furgonem nie posiada właściwego prawa
jazdy. Niby to nie nasza sprawa, ale to my spędziliśmy w sumie koło
1.5h na czekaniu. W końcu kierowca utargował mandat z 50tys do 5tys T.
Pieniążki oczywiście od razu powędrowały do kieszeni pana policjanta.
Gliniarz zabronił także naszemu kierowcy dalszego prowadzenia pojazdu,
w związku z czym kolejne pół godziny czekaliśmy, aż jakiś znajomy
przyjedzie i poprowadzi samochód przez miasto tylko po to, żeby za
chwilę oddać ster w ręce naszego kierowcy…&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rano mieliśmy wyruszyć na konny trekking. Poprzedniego wieczoru
umówiliśmy się z właścicielem koni na 10.00. Ten zjawił się koło 12.00
tłumacząc swoje spóźnienie tym, że koni swoich nie potrafił szybciej
znaleźć. Rozeszły się gdzieś po okolicy, każdy w inną stronę i trzeba
było je zebrać do kupy…&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Wśród naszej piątki tylko para Anglików miała za sobą pewne (a
dokładnie kilkudniowe) doświadczenie w jeździe na koniu. Przemek kiedyś
kilka razy zasiadł na grzbiecie konia, ale to było w poprzednim
tysiącleciu, więc dawno. Moje doświadczenie w jeździe na czworonogach
ograniczało się do dwóch dni spędzonych 5 lat temu w Petrze w Jordanii
na grzbiecie osła.  Całe szczęście mongolskie konie są sporo niższe o
tych znanych nam z Europy, bo inaczej już wejście na czworonoga byłoby
przygodą samą w sobie. Tak więc jakoś wgrzebaliśmy się na konie i
ruszyliśmy w drogę.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Od samego początku byliśmy zachwyceni. Nie wiedzieć  czemu, świat
oglądany z końskiego grzbietu wygląda jakoś inaczej, fajniej. Chyba po
prostu bycie trochę wyżej nad ziemią daje inną perspektywę. Początkowo
szliśmy przez łąkę, potem przez rzadki las, a za chwilę przez koryto
wyschniętej rzeki, całe przykryte białymi jak śnieg kamieniami. Po
jakiś 3 godzinach zatrzymaliśmy się w domu naszego przewodnika.
Poczęstowano nam mongolskim tradycyjnym napojem, czyli herbatę parzoną
w ciepłym mleku z odrobiną wody i sporą ilością soli. Ciekawe, że też
nikt w Mongolii nie wpadł na to, żeby zamiast soli użyć cukru…
Dostaliśmy też po misce domowego jogurtu, który okazał się być
najlepszym jogurtem jaki dane nam było dotąd zjeść.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Na miejsce kempingowe dotarliśmy późnym popołudniem. Hovskol to
ponoć najbardziej turystyczne miejsce w Mongolii.  Jeśli jednak ktoś na
myśl o turystycznym miejscu ma przed oczami np. Bangkok czy którąś z
tajskich wysp, to nie o to tu chodzi. Turystów spoza Mongolii
widzieliśmy może dziesięciu, tych lokalnych trochę więcej, ale w setce
spokojnie się ta liczba mieściła.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rozbiliśmy namioty, ugotowaliśmy sobie herbatę na wodzie z jeziora i
rozpaliliśmy ogień. Wieczór był przeraźliwie chłodny. Ubrani we
wszystkie ciuchy jakie zabraliśmy na trekking wbiliśmy się w śpiwory i
próbowaliśmy zasnąć. Nie było to proste, bo mieliśmy do dyspozycji po
jednej wąskiej karimacie na dwie osoby.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rano wstaliśmy przemarznięci i obolali. Bolały nas tyłki, uda, a
przede wszystkim kolana. A przed nami był kolejny dzień w siodle. Tym
razem trasa wiodła prawie cały czas wąską ścieżką na zboczu dosyć
stromego wzgórza, w dole którego mieniła się niewyobrażalnie czysta
woda jeziora. Nie ukrywam, że trochę mnie ta trasa stresowała, bo
ścieżka co chwila była przerywana wystającymi z ziemi korzeniami drzew.
A koń, tak jak człowiek, czasem się potyka. Potknął się koń i mój i
wszystkie inne. Za każdym razem skończyło się dobrze, ale stres był.
Tym bardziej, że wcześniej nasłuchaliśmy się o dosyć często
zdarzających się wśród niedoświadczonych jeźdźców upadkach.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34582/Mongolia/Dwa-dni-w-siodle</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Mongolia</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34582/Mongolia/Dwa-dni-w-siodle#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/34582/Mongolia/Dwa-dni-w-siodle</guid>
      <pubDate>Thu, 15 Oct 2009 03:04:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>Jedziemy na północ</title>
      <description>&lt;p&gt;Tak sobie wymyśliliśmy, że w Mongolii zostaniemy ze trzy, może trzy
i pół tygodnia. Że bardzo chcieliśmy zobaczyć w Ułan Bator doroczny
festiwal Naadam, który miał odbyć się połowie lipca, to postanowiliśmy
zobaczyć północ kraju przed festiwalem, a pustynię Gobi po nim.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Montowanie ekipy na objazd północy okazało się całkiem proste. W
trzy godziny po przyjeździe do stolicy znaleźliśmy w naszym hostelu
sympatyczną parę z Wielkiej Brytanii, która bardzo chciała zobaczyć
północ, i wrócić z niej do UB na Naadam. Potem dołączyła do nas jeszcze
dziewczyna z Danii. Mieliśmy więc pięć osób, czyli idealnie.
Załatwiliśmy samochód i kierowcę, i umówiliśmy się na wyjazd na
pojutrze, bo musieliśmy załatwić rosyjską wizę.  No i właśnie ta
rosyjska wiza trochę nam pokrzyżowała plany.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Otóż wszelkie raporty jakie znajdowaliśmy w internecie mówiły o tym,
że według nowych przepisów Rosjanie wydają wizę turystyczną – a więc
taką, które umożliwiają dłuższy pobyt w Rosji – tylko osobom będącym
rezydentami w danym kraju. Czyli, żeby dostać taką wizę np. w Chinach
trzeba tam być rezydentem. Jedyny wyjątek od tej reguły w Azji to ponoć
Hong Kong, ale nam tam nie było po drodze. Wizę można było co prawda
załatwić przed podróżą w Australii, ale że jest ona wydana na konkretne
daty to daliśmy sobie spokój. No bo jak mieliśmy na tyle miesięcy do
przodu wiedzieć, kiedy dotrzemy do rosyjskiej granicy? Tak więc
pogodziliśmy się z tym, że jedyna wiza jaką możemy dostać w Azji to
wiza tranzytowa, i że Rosję zobaczymy z okien pociągu na trasie Ułan
Bator – Moskwa. A tu niespodzianka. Okazuje się, że rosyjska ambasada w
Mongolii robi wyjątek dla obywateli 12 krajów – w tym Polski – i
wystawia im wizy turystyczne, nawet jeśli nie jest się tam rezydentem.
A że – z różnych powodów – bardzo chcieliśmy dotrzeć do Polski na
początku sierpnia, i że ograniczały nas finanse, stanęliśmy przed
dylematem: czy odpuszczamy Gobi i po festiwalu Naadam ruszamy w
kierunku Polski odwiedzając przy okazji Bajkał, który zawsze nam się
marzył, czy może trzymamy się planu, a więc jedziemy na Gobi, a przez
Rosję tylko przejeżdżamy. Myśleliśmy bardzo intensywnie, i
wymyśliliśmy, że jednak Bajkał bardzo nas kręci. Gobi poszło więc w
odstawkę. Trochę nam było szkoda, ale przynajmniej będzie pretekst żeby
do Mongolii znów kiedyś przyjechać.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;We wtorek rano ruszyliśmy w drogę.  Piszę, że w drogę, bo jechaliśmy
asfaltówką (tylko pierwszego dnia), a takich w Mongolii mało. Nawet
bardzo. Szacujemy tak sobie, że nie licząc dróg w stolicy, nie będzie
tych asfaltówek więcej niż 200km. A  kraj wielki. Pięć razy większy od
Polski. No bo wielkiego popytu na drogi  w Mongolii nie ma. Tu – poza
Ułan Bator – najpopularniejszym środkiem transportu jest koń, a jak już
ktoś posiada pojazd zmechanizowany, to jest to zazwyczaj motor. Więc
drogi niezbędne nie są.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Jeszcze w podstawówce na lekcji geografii  nauczyliśmy się, że
Mongolia jest najrzadziej zaludnionym krajem świata. Podstawówkę
skończyliśmy dawno temu, ale fakt zaludnienia Mongolii nie zmienił się.
Na kilometr kwadratowy powierzchni przypada jedna osoba. Nie
powiedziano nam jednak na geografii, że Mongolia ma za to
prawdopodobnie największe na świecie zagęszczenie kup. Kup, w sensie
odchodów. Zwierzęcych. No bo jak w kraju jest coś koło 34 milionów
sztuk bydła, które nic nie robi tylko ciągle skubie trawkę, to też i
odchodów jest sporo. W życiu tyle kup nie widzieliśmy co w Mongolii.
Gdy każdego dnia koło południa zatrzymywaliśmy się, by zjeść lancz, to
zawsze był problem gdzie się rozłożyć, żeby teren był jak najmniej
zaminowany.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Pierwsze trzy dni były długie i męczące. W samochodzie – ruskim
minivanem, którego marka według naszego kierowcy to Furgon –
spędzaliśmy po 7-9 godzin. Za oknem roztaczały się widoki na mongolskie
stepy, a my przyglądaliśmy się im trzęsąc się razem z Furgonem na
polnych drogach. Wieczorami zjeżdżaliśmy gdzieś na bok, żeby odpocząć i
przenocować. Zazwyczaj był to ger (to ten okrągły namiot), gdzieś w
środku niczego, jeden czy dwa domki albo inne gery obok i to tyle.
Wokół pustka, krowy, dzikie konie. I cisza.&lt;/p&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34581/Mongolia/Jedziemy-na-pnoc</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Mongolia</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34581/Mongolia/Jedziemy-na-pnoc#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/34581/Mongolia/Jedziemy-na-pnoc</guid>
      <pubDate>Sun, 11 Oct 2009 03:04:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>UB</title>
      <description>&lt;p&gt;Strasznie ciekawe miasto ten Ułan Bator. Architektoniczne dominuje
realny socjalizm i wogóle wygląda to wszystko jakoś tak sowiecko. Mimo
to miasto robi wszystko, żeby się unowocześnić. Kończy się budowa
pierwszego w stolicy wieżowca, na ulicach widac co jakiś czas wypasione
bryki, a na otwarcie czekają sklepy firmowe takich marek jak Dior czy
Louis Vuitton. Tłumów pewnie w tych slepach nigdy nie będzie, ale jest
to zapewne symbol zmian.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Największą niespodzianką okazał się supermarket w głównym domu
towarowym – na półkach króluje polska firma “Urbanek” i jej ogórki
kiszone, leczo, sałatki itp. Do tego już lokalne pasztety, pyszny
chleb, kiełbasa, ser i kupa innych pyszności jakie przez ostatnie
miesiące były dla nas towarem luksusowym.&lt;/p&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34579/Mongolia/UB</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Mongolia</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/34579/Mongolia/UB#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/34579/Mongolia/UB</guid>
      <pubDate>Thu, 8 Oct 2009 03:03:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
    <item>
      <title>86h 13 min</title>
      <description>&lt;p&gt;O podróży koleją transsyberyjską krążą setki historii i niewiele
mniej mitów. Naczytaliśmy się tego wszystkiego przed podróżą, i
Transsybir jawił nam się jako jeden z najbardziej zabawowych pociągów
świata, w którym non-stop coś się dzieje, gdzie wódka leje się litrami
i gdzie rozmowy nigdy nie ustają.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W Transsybir wsiedliśmy w Irkucku. Trafił nam się pociąg kursujący z
Władywostoku do Moskwy, a więc na najdłuższej możliwej trasie kolejowej
na świecie. Nie ma dłuższego odcinka, który przejechać można pociagiem
bez przesiadki. Noc była głęboka, gdy pociąg wtoczył się na peron w
Irkucku. Najciszej jak mogliśmy przygotowaliśmy sobie wyrka i oddaliśmy
się w ramiona Morfeusza.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Rano przystąpiliśmy do akcji rozpoznawania terenu. Pod nami 9-letnia
Katia z mamą, jadące na wakacje nad Morze Czarne z małej wsi pod
Władywostokiem. Z 6-tygodniowych wakacji ponad dwa spędzą w pociągu na
dojazdach. Obok nas 70-kilkuletni Kazach ze złotych uzębieniem. Kawałek
dalej młody Azer (czy tak się mówi na mieszkańca Azerbejdżanu?? )
jadący do domu z Władywostoku. Dziesięć dni w drodze. Jedna przesiadka.
Dla nas to jakiś kosmos. Te 3 dni i 4 noce, które mamy spędzić w
pociągu wydają nam się bardzo długim czasem. A co dopiero 10 dni.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;W naszym wagonie jesteśmy jedynymi pasażerami spoza Rosji i byłych
radzieckich republik. Współtowarzysze są nami bardzo zainteresowani.
Skąd, dokąd, jak, gdzie, jak długo itp itd. Kombinacja rozmówek i tego
czego nauczyliśmy się w podstawówce na lekcjach rosyjskiego sprawia, że
konwersacja nawet się klei. Choć to głównie oni mówią, zadają pytania.
Bo z rozumieniem problemów większych nie mamy. Gorzej z mówieniem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Czas mija wolno. Każdy jakoś na swój sposób wypełnia sobie czas. W
zasadzie to robi się to na trzy sposoby (nie licząc rozmów, o których
było wyżej). Po pierwsze śpi się dużo. Niby nic się nie robi, więc
zmęczenie fizyczne prawie żadne, ale stukot kół w  tory działa
usypiającą. Większość współtowarzyszy przesypia przynajmniej pół dnia.
Druga atrakcja to jedzenie. Ta podróż to ciągły piknik. Najbardziej
ekscytujące momenty to postoje na stacjach, kiedy można uzupełnić
zapasy. Trzecia rozrywka to tzw. nic nie robienie. Dla większości to
gapienie się w okno. Dla niewielu – i to jest dla nas zaskoczenie – to
czytanie. Niesamowite jest to, że na tak długą trasę mało kto ma ze
sobą książkę czy choćby gazetę…&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Przy okazji podróży transsybirem rozwiało się też kilka mitów związanych z tym pociągiem.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Mit pierwszy. Zapisując się na prysznic pierwszego dnia, jest
szansa, że wykąpiemy się dnia trzeciego. Fakty są takie, że wystarczy
zapłacić 100 rubli i prysznic ma się od ręki. Większość Rosjan daje
radę przetrwać podróż bez ablucji, tudzież dokonuje ich w łazienkowych
umywalkach.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Mit drugi. Wóda się leje  i zabawa trwa non stop. Może to nie mit.
Może po prostu trafiliśmy na tak spokojny pociąg. W każdym razie wódki
nie było żadnej. Ruskie disco nie rozbrzmiewało z przenośnych radyjek.
Imprez wielkich brak. Było spokojnie, czysto i na poziomie.&lt;/p&gt;
&lt;p&gt;Mit trzeci. Na każdym dłuższym postoju można kupić najróżniejsze
lokalne pyszności, świeżo przygotowane przez lokalsów handlujących na
peronach. Smutny fakt jest taki, że pyszności typu pierogi, ryby,
kotlety, surówki itp były na dwóch, może trzech stacjach między
Irkuckiej a Moskwą. Na wszystkich innych kupić można było jedynie dania
typu chińskie zupki, jakieś słodycze i oczywiście piwo we wszystkich
odmianach i w butelkach o wszelkich rozmiarach (w Rosji po raz pierwszy
w życiu widzieliśmy piwo w 5-litrowych butelkach).&lt;/p&gt;</description>
      <link>https://journals.worldnomads.com/magda/story/35867/Russian-Federation/86h-13-min</link>
      <category>Travel</category>
      <category>Russian Federation</category>
      <author>magda</author>
      <comments>https://journals.worldnomads.com/magda/story/35867/Russian-Federation/86h-13-min#comments</comments>
      <guid isPermaLink="true">https://journals.worldnomads.com/magda/story/35867/Russian-Federation/86h-13-min</guid>
      <pubDate>Wed, 7 Oct 2009 11:43:00 GMT</pubDate>
      <slash:comments>0</slash:comments>
    </item>
  </channel>
</rss>